Sobory – polskie zabytki


Kirył Sokół, Aleksander Sosna, Cerkwie w centralnej Polsce 1815-1915; Paweł Przeciszewski, Warszawa. Prawosławne i rosyjskie dziedzictwo


Świątynie prawosławne Warszawy i centralnej Polski mogą być tematem kontrowersyjnym. Potrafią wzniecać spory i budzić demony. Wystarczy przypomnieć niedawną burzę prasową, jaką rozpętała informacja o planowanej budowie soboru Prawosławnego Ordynariatu Polowego Wojska Polskiego na warszawskich Polach Mokotowskich. Okazało się, że samo słowo „sobór” może budzić negatywne emocje, prawosławni żołnierze oczywiste skojarzenie z wrogami, zaś wizja takiej świątyni w okolicy, gdzie „stała trumna marszałka Piłsudskiego” jest profanacją pamięci Marszałka. Najkrócej rzecz ujął jeden z publicystów, widząc w planie budowy cerkwi „element polityki historycznej prowadzonej w interesie Rosji”. Rzecznik Ordynariatu tłumaczył, że użytkownicy przyszłej cerkwi są Polakami. Prosił, żeby nie kojarzono ich z Rosją, a nawet obiecywał, że żadnych „rosyjskich cebul” nie będzie. Na próżno – inwestycję zamrożono. Nie o budowę cerkwi jednak chodzi – tylko o świadomość, która wymaga przebudowy, naprawy.

Historia ta mówi, jak głęboko Polaków skrzywdzono, skoro prawosławne świątynie do dziś wielu kojarzą się z elementem przemocą włączonym w tkankę miasta, manifestacją obcego panowania, wrogą religijną tradycją i kulturą. Spośród wszystkich budowli wzniesionych przez Rosjan w Polsce w stuleciu przyspieszenia budowlanego, mieszkańcy tego kraju okazali się najsurowsi właśnie dla cerkwi, jakby wyrównując w ten symboliczny sposób „rachunki krzywd”, uderzając w to, co wydawało się najbliższe wrogom i co powinno zniknąć wraz z nimi.

Na szczęście nie wszystkie przeminęły. Istniejące do dziś świątynie, użytkowane przez prawosławne lub katolickie wspólnoty religijne, bądź przebudowane na obiekty użyteczności publicznej, są polskimi zabytkami. Książki Pawła Przeciszewskiego oraz Kiryła Sokoła i Aleksandra Sosny pozwalają poznać i zrozumieć to, co przetrwało oraz zobaczyć to, czego już nie ma. Pierwsza (poświęcona prawosławnym świątyniom Warszawy) drąży temat w głąb, druga (o cerkwiach centralnej Polski) kreśli szeroki fresk, przedstawiając bądź katalogując przeszło dwieście świątyń. Kolekcja zdjęć i pocztówek Aleksandra Sosny wzbogaciła obie pozycje o frapującą, równoległą wobec tekstu opowieść.  

Warszawa. Prawosławne i rosyjskie dziedzictwo jest rodzajem alternatywnego przewodnika po stolicy, prezentującego „wschodniochrześcijańską warstwę historyczno-kulturową” miasta – od jej początków po dzień dzisiejszy. Prócz waloru dokumentalnego ma więc dodatkowe zalety. Przedstawia prawosławie jako żywą tradycję religijną i nie wiąże jego wyznawców z narodowością rosyjską, przybliżając podstawowe informacje o współczesnych wyznawcach prawosławia w Polsce. Obfitość materiału historycznego, jaki zawiera, czyni z tego ambitnego przewodnika popularne i zarazem wyczerpujące kompendium tematu. Wiele z prezentowanych przez autora źródeł to plon żmudnych bibliotecznych poszukiwań i arcyciekawe efekty lektury prasy rosyjskiej wydawanej w stolicy. Pracy fascynującej, lecz dość niewdzięcznej i trudnej. Jednak w całej pełni otwiera się dzięki temu przed czytelnikiem psychologia budowniczych wielu ze świątyń, która sprawiła, że już u swoich początków zostały one skażone rozmaitymi grzechami. „Swoją obecnością rosyjski sobór obwieszcza światu i niespokojnym Polakom, że na zachodnich nadwiślańskich kresach nieodwołalnie utwierdziło się potężne prawosławne mocarstwo” – pisał w początku XX wieku jeden z redaktorów periodyku „Warszawskij Eparchialnyj Listok”. Niekiedy pisano inaczej, sentymentalnie, uznając że Rosjanie mają prawo czuć się tu jednak zabłąkani – jak w innym miejscu i o innej świątyni: „Jej wygląd oddziałuje na uczucia i sprawia, że zapominają oni o smutnym losie Rosjan w tym kraju. Dźwięk rosyjskiego dzwonu zaciera w ich duszy myśl o Polsce jako o miejscu, gdzie zostało przelane mnóstwo krwi rosyjskiej”. Pierwszy cytat dotyczy soboru św. Aleksandra Newskiego na Placu Saskim, drugi soboru św. Marii Magdaleny na warszawskiej Pradze.   

Studium Cerkwie w centralnej Polsce 1815-1915 przynosi interesujące dane na temat dynamiki powstawania prawosławnych świątyń w Królestwie Polskim. I tak przez piętnaście początkowych lat istnienia Królestwa pod rosyjskim protektoratem nie wzniesiono na jego terenie żadnej wolnostojącej prawosławnej świątyni, urządzając jedynie kilka kaplic domowych. Pierwszą cerkiew konsekrowano w 1835 roku, zaś do powstania styczniowego zbudowano jeszcze jedenaście świątyń. Zmieniło się to dopiero po 1863 roku, kiedy powołany został nawet specjalny fundusz wspierany rokrocznie przez państwo. W latach 1865-1915 wzniesiono ponad 80 wolnostojących świątyń. „Rezultatem stuletniego panowania Rosji było konsekrowanie w centralnej Polsce ponad 200 prawosławnych cerkwi, z których ponad 90 było stylowymi świątyniami, a pozostałe zlokalizowano w różnych budynkach” – piszą autorzy omawianej książki. Pamiętajmy przy tym, że rosyjskie wpływy ustały na tym terenie w 1915 roku i rozpoczął się kilkuletni wojenny okres okupacji niemieckiej, a wraz z nim pierwsze akty bezczeszczenia i niszczenia prawosławnych świątyń, pozbawionych gospodarzy i wiernych, traktowanych z niechęcią przez ogół Polaków.

Im krótszy pozostał czas rosyjskiego panowania w Polsce, tym budowano szybciej i więcej, zagłuszając basem „rosyjskiego dzwonu” inne dźwięki, jakie niosła rzeczywistość. Jednak u genezy warszawskich i mazowieckich prawosławnych świątyń jest coś tajemniczego. Dlaczego św. Ioann z Kronsztadu przeprowadził w Imperium kolektę na budowę cerkwi na Placu Saskim (zbierając 135 tys. rubli, gdy Synod przyznał na wzniesienie świątyni 32 tys.), po czym, obecny podczas jej konsekracji, stwierdził, że nie jest ona dziełem pobożności, lecz pychy i przepowiedział koniec jej istnienia wraz z końcem rosyjskiego panowania w mieście? (Książka Sokoła i Sosny donosi, że ten kanonizowany rosyjski duchowny wspierał budowę jeszcze pięciu innych świątyń na terenie Polski, m.in. cerkwi garnizonowej w Siedlcach i Ostrowi Mazowieckiej). Nie wymagało to jednak wielkiego proroczego daru, wziąwszy pod uwagę fakt, że prawosławne świątynie wznoszono tu wówczas dla wojska, kadry urzędniczej i ich rodzin, więc i przyszłość ich ściśle związano z polityką. Jest jednak w tej sprzeczności myśli i działania coś z prozy Dostojewskiego. Nie wykluczone, że chodziło o to, by usłyszeć tutaj „dźwięk rosyjskiego dzwonu”, bez troski o jutro, kiedy – pokazała historia – nie tylko budynki miały się zawalić, ale i samo Imperium. A także o to, aby pogardę i nienawiść, jaką widziano w oczach przechodniów, tym razem móc nazwać pogardą znoszoną w imię Chrystusa.

Do rangi symbolu wszystkich rosyjskich świątyń Polski i Warszawy urasta zniszczony w latach 20. sobór św. Aleksandra Newskiego, którego los przepowiedział przywoływany duchowny i profeta. Paweł Przeciszewski odsłania inny wymiar cerkwi – architektoniczne pokrewieństwo z wenecką Katedrą św. Marka i niekwestionowaną wartość artystyczną. „Nad żadnym projektem artystycznym na ziemiach polskich, ani wcześniej, ani później, nie pracowało tylu twórców światowej sztuki, co nad soborem św. Aleksandra Newskiego” – stwierdza. Istotnie, sztuka rosyjska początku XX wieku nie znalazła nigdzie lepszej okazji do stworzenia syntezy neomodernistycznego rosyjskiego stylu narodowego i wpływów zachodnich, jak właśnie w wielkim soborze w Warszawie. Naruszony przez Niemców w okresie I wojny, po odzyskaniu przez Polskę niepodległości i w okresie wojny z bolszewikami nie skłaniał do kontemplowania swych artystycznych walorów. Decyzja o jego zniszczeniu zapadła symbolicznie właśnie w cieniu tego drugiego wydarzenia, jakby ignorując fakt wrogości radzieckich najeźdźców wobec religii i prawosławia. Do dziś o soborze mówi bogaty materiał ikonograficzny oraz rozproszone elementy wyposażenia i dekoracji – traktowane przez wyznawców prawosławia trochę jak pamiątki minionej wielkości, trochę jak relikwie. Zło przemienić w dobro – o tym chrześcijańskim zadaniu można przypomnieć sobie przy okazji rosyjskich świątyń Polski i Warszawy. Rzeczywistość jest dzięki nim bogatsza, historia ciekawsza, a teraźniejszość niesie zadanie. W nieistniejącym soborze na Placu Saskim  można wszak widzieć emblemat Warszawy fin-de-siecle’u – a nie symbol ucisku i martyrologii. Zachowaną do dziś cerkiew św. Marii Magdaleny traktować jak jeden z architektonicznych symboli prawobrzeżnej Warszawy i jej kolorytu, miejsce gdzie rzeczywiście zatrzymuje się czas. Zatrzymać się i życzliwe popatrzeć – efekt może być nieoceniony.

 „Nowe Książki” 2012, nr 8, s. 38-39.

 

Próba życia


 Georges Nivat, Fenomen Sołżenicyna, Wydawnictwo Officyna, Łódź 2011.

            Spośród portretów Sołżenicyna kreślonych przez autora tej książki, szczególnie zapada w pamięć jeden. Obraz pisarza, który w najbardziej twórczym okresie swego życia, w 1963 roku, gdy jednocześnie pracował nad kilkoma powieściami i Archipelagiem Gułag, otrzymuje zaproszenie międzynarodowej organizacji pisarzy na konferencję dotyczącą „śmierci powieści”. Diagnoza, która w środowisku literaturoznawców zdążyła stać się obiegowym komunałem, do wiadomości byłego łagiernika dociera drogą pocztową, kiedy rzeczywistość jego życia całkowicie jej zaprzecza. Nie jest niesłuszna – powieść rzeczywiście dla wielu umarła. Przykład Sołżenicyna pokazuje, że nie jest to fakt obiektywny i „kryzys literatury” to formuła ujmująca duchowy kryzys jej twórców i niektórych konsumentów. Nivat nie odpowiada, na czym jego zdaniem polega tytułowy „fenomen Sołżenicyna”, ale chyba właśnie na tym, że rosyjski pisarz odbudowuje wiarę w znaczenie literatury. Francuskiemu literaturoznawcy zaś daje poczucie zajmowania się sprawami ważnymi – i to się w tej książce czuje.

            Nie tylko autor Fenomenu Sołżenicyna widział w pisarzu przykład tezy, że pisarz i jego dzieło mogą mieć realny wpływ na rzeczywistość, rolę w historii. Konstanty A. Jeleński w jednym ze skierowanych do Czesława Miłosza listów pisał o Sołżenicynie: „(…) gdyby zaprogramować na komputer jego wagę na «szachownicy międzynarodowej» (wpływ na historię), założyłbym się że komputer przyznałby mu miejsce, powiedzmy, równe amerykańskim bankom czy mafii, a w skali państwowej gdzieś między Beneluksem i Włochami! A przecież 40 lat temu był w łagrze, chory na raka”. Choć w większym stopniu niż w przypadku innych twórców jego dzieło stanowiło pracę zbiorową, udzielając głosu innym (świadectwa więźniów w Archipelagu, dokumenty i wspomnienia, które posłużyły za materiały źródłowe Czerwonego koła), choć sprawa o którą walczył nie była jego prywatną sprawą – jakby na potwierdzenie słów Jeleńskiego Sołżenicyn wydaje się być zawsze sam. W rzeczywistości pogardy dla jednostki i ofiar liczonych w miliony, wskazywał na wagę pojedynczego życia, które jest w stanie dźwignąć wszystko, co zamierzy i pokonać to, co jest do pokonania: chorobę, niewolę, siłę silnych, własną słabość, pokonać kłamstwo. 

            Sołżenicyn odczuwał wagę słowa i literatury, i w ten sposób w czasach „śmierci powieści” wagę tę przywracał. Przypominał że istnieją uniwersalne zasady moralne, a literatura przepojona nimi staje się literaturą uniwersalną i czymś więcej niż literaturą. Łącząc idee pisarza z tezą Dostojewskiego o zbawczym wymiarze piękna, Georges Nivat pisze: „Dzieło kłamliwe i sprzedajne nie może być obdarzone pięknem. (…) Tak więc piękno, sztuka to podstawowe kryterium. Nie może kłamać, nie może służyć przemocy. Innymi słowy, Sołżenicyn czyni ze sztuki ulubione narzędzie Boga ustanawiające królestwo Dnia Pańskiego. To eschatologiczne zadanie powierzone sztuce (…)”. W podobnej eschatologicznej perspektywie badacz widzi sołżenicynowską wizję historii, która staje się odkrywaniem prawdy o ludziach i narodach. W ten sposób, nawiązując też do wyobrażeń o Sądzie Ostatecznym, tłumaczy Nivat technikę literacką opus magnum rosyjskiego pisarza, epopei historycznej Czerwone koło. Sołżenicyn ukazuje rzeczywistość w jednej chwili, która – jak punkt – staje się ośrodkiem przecięcia niezliczonej ilości płaszczyzn. W tej „trwającej chwili” oglądamy teraźniejszość, przeszłość, przyszłość setek literackich bohaterów. „W pewnym sensie tradycyjnego narratora zastąpił tu słuchacz czujnie nastawiający uszu na każdy odgłos czy rodzaj śledzącej każdego kamery video… Choć bardziej niż to, co powiedziane, wychwytuje w nich wewnętrzne głosy. Wchodzimy do wnętrza «innego», w jego percepcję, w ekran jego wewnętrznego świata”. Efektem jest splot subiektywnych narracji, niekiedy (zdaniem Nivata) wymykający się nawet woli autora. Przykładem może być to, jak w osobowości rosyjskiego pisarza ściera się moralista i bojownik. Pierwszy wie, że przemoc jest fałszywą siłą, że nie może ona zbudować nic trwałego, drugi na stronach Archipelagu w uniesieniu opowiada o brutalnym buncie więźniów łagru. Gdy jednak monologi sołżenicynowskiego Lenina przedstawiają wodza rewolucji jako postać fascynującą, mimo oczywistego potępienia, z jakim spotyka się on w oczach Sołżenicyna-historyka, widzimy, że autor Czerwonego koła posiada jeszcze jedną stronę osobowości, pierwotną i dość oczywistą: jest pisarzem i nawet jeśli jest nim, by pisać prawdę i nauczać, jest to jego prawdziwa natura. Przedstawiając argumenty pro et contra w swej literackiej wizji ostatecznego odkrycia zła i dobra, niekiedy mimo woli staje się adwokatem diabła i oskarżycielem nieudolnie realizowanych dobrych zamiarów.

Wielką wartością pracy francuskiego slawisty jest to, że objaśnia on znaczenie ostatniego działa Sołżenicyna, epopei Czerwone koło. Dzieła legendarnego, również dlatego, że zna je niewielu, a na przyswojenie polszczyźnie tego monumentalnego utworu będziemy czekać aż do narodzin u nas jakiegoś translatorskiego Sołżenicyna. Wróćmy więc do tego, co Nivat mówi o Czerwony kole. Jego ideową genezę widzi w stwierdzeniu, że bez prawdy o świecie obozów i prawdy o kataklizmie rewolucji nie można zrozumieć Rosji XX wieku – głównego bohatera pisarstwa Aleksandra Sołżenicyna. Bez zrozumienia jej, ofiary okazują się daremne. W wieku „śmierci powieści” Sołżenicyn mierzy się więc z realnymi śmieciami, którym trzeba nadać sens. Nivat przedstawia Czerwone koło jako wynik planu, podjętego jeszcze w 1936 roku, gdy pisarz miał 19 lat. W dniu, w którym wyznał miłość swej przyszłej pierwszej żonie, Sołżenicyn obmyślił projekt „powieści o rewolucji”, którą będzie pisał przez dalsze życie. Przeniósł go przez wojnę, aresztowanie i obozy, cudem uleczoną śmiertelną chorobę, deportację z ZSRR i emigrację. Nie przestając pracować nad mityczną powieścią, napisał Archipelag Gułag, Oddział chorych na raka i Krąg pierwszy, opowiadania, miniatury prozatorskie, tomy publicystyczne i publicystyczno-wspomnieniowe. W 1936 roku nie mógł wiedzieć, że synonimami słowa „plan” są wyrazy „poświęcenie” i „praca” oraz że istotą pisania o radzieckiej rewolucji stanie się pisanie prawdy. Dzięki temu literatura będzie pod jego piórem czymś więcej niż tworzeniem alternatywnego świata – stanie się koncentracją prawdziwej energii, odpowiednikiem działania i prawdziwą walką. Będzie biegiem maratończyka, wyścigiem ze śmiercią – ale będzie biegiem do celu.

Akacja epopei, rozpoczęta w 1914 roku, miała zamykać się w roku 1945 i utwór rozrysowany był na dwadzieścia części, każda licząca po kilka tomów. Sołżenicyn nakreślił projekt przerastający jedno życie. Plan zuchwały, wyzywający zło i wszelkie plagi, jakie mogą spaść na człowieka XX wieku mieszkającego w Rosji, który na własnej skórze odczuł, że – jak napisał: „Być Rosjaninem to najgorsza rzecz na ziemi”. O ile jednak w jego mierzeniu sił na zamiary nie ma pokory, o tyle życie przyniosło zaskakujące zamknięcie literackiego przedsięwzięcia. W 1990 roku, w wieku 72 lat, Sołżenicyn skończył czwartą z dwudziestu planowanych części książki i napisał suplement przedstawiający konspekt szesnastu części dzieła, które nie powstaną. Ostatecznie Czerwone koło liczy szesnaście tomów, blisko 6600 stron. Składa się z czterech części składowych, nazwanych przez autora „węzłami” – jedna z nich: Marzec siedemnastego ma 653 rozdziały. W utworze występuje 300 postaci fikcyjnych i historycznych.

Pisarz nie przegrał z czasem. Przed nim było jeszcze osiemnaście lat życia, tryumfalny powrót do Rosji, nowe prace literackie. Nie przegrał z samym sobą – nikt inny nie napisze tej książki tak, jak on potrafiłby to zrobić. Zrezygnował w geście pokory i decyzja ta ma zapewne coś wspólnego z przygotowaniem się do ostatniego etapu życia, ile by on nie trwał, etapu w którym praca nie będzie przesłaniała konieczności załatwienia spraw z samym sobą. Jedną z takich spraw staną się literackie lektury, na które pisarz nie miał czasu, pogrążony w rytmie własnej pracy. Znów biografia zmienia się w przypowieść. Wielki fresk został nieukończony, bo takiego projektu nie można dokończyć. Omyłka polegała na pragnieniu rzeczy niemożliwych. Gdyby jednak plan został dostosowany do rzeczywistości, nie otrzymalibyśmy czterech części dzieła, napisanych tak, jakby całość była możliwa. 

Analiza Czerwonego koła jest jednym z najciekawszych fragmentów książki Nivata. Pokazując, jak idea przekłada się na technikę literacką, autor Fenomenu Sołżenicyna ukazuje nowatorski w sensie formalnym wymiar tego pisarstwa. Oddzielny rozdział poświęca leksyce pisarza, interesujące uwagi kreśli na temat obecności w tym dziele poczucia humoru. Geroges Nivat rozumie Sołżenicyna, towarzyszy mu lekturowo od lat sześćdziesiątych, książka jest podsumowaniem wieloletniej, trwającej wciąż czytelniczej przygody i kilku napisanych wcześniej prac. Jeśli ma ona słabsze punkty, byłaby to pewna chaotyczność narracji i uogólnienia, które mają niezorientowanemu czytelnikowi zwrócić uwagę na epokowy charakter dzieła bohatera książki. Rosyjski pisarz zyskuje więc zaskakujący krąg antenatów. „Przypomina świętego Pawła”. Inni jego poprzednicy to: „Izajasz, Daniel, Luter, Awwakum”. „Dante naszych czasów” jest pod piórem Nivata określeniem najbardziej zachowawczym. „Wraz z nim literatura stała się męczeństwem, stawiła czoła śmierci i przeszłą chrzest bojowy” – stwierdza. Tymczasem Sołżenicyn ani w roli „proroka”, ani jako artysta nie był samotny i jego waga nie polega na tym, że był Kolumbem odkrytych Ameryk, że – jak pisze Nivat – „sam walczył z władzą uznaną przez setki milionów jego współczesnych”, lecz na tym, że w XX wieku potrafił podjąć sztafetę – przy tym oczywiście nie on jeden. Gdy Georges Nivat próbuje umieścić twórcę Archipelagu w literackim kontekście (choćby literatury o tematyce łagrowej), sprawia mu to widoczny kłopot i czyni to prawdopodobnie po to tylko, aby uniknąć akademickich zarzutów. Wymienia pozycje przypadkowe, bez poczucia ich hierarchii, myli zresztą Inny świat Grudzińskiego z Dziennikiem pisanym nocą.

Empatia wobec pisarza każe mu niekiedy przeobrażać się w jego adwokata i bronić spraw, które nie zawsze dają się obronić. Niekiedy zdarza mu się też wybiórcze przedstawianie faktów, niestety prawdopodobnie myśląc o kształtowaniu poglądów mniej zorientowanych europejskich czytelnikach książki, jak choćby gdy podkreśla antyimperialny stosunek Sołżenicyna wobec byłych wschodnich republik radzieckich, nie wspominając o tym, co myślał on na temat niedawnych republikach zachodnich – pisarz nie wierzył w istnienie wielkiej Rosji bez Ukrainy i Białorusi. Publicystykę i poglądy polityczne Sołżenicyna Nivat opisuje dość pobieżnie i właśnie z dozą retoryki adwokata, stwierdzając, że „pewne grzechy” wynikające z miłości pisarza do ojczyzny, rekompensuje jego postawa moralna i obejmujące tę twórczość „tchnienie duchowości”.    

To oczywiście drobiazgi, które wynikają z faktu, że Sołżenicyn jest w świecie francuskiego slawisty postacią centralną. Stąd temperatura i waga tej książki, ale i mankamenty, wymienione tu k woli pisania prawdy.

Dzieło rosyjskiego pisarza, które jest wielkim egzystencjalnym projektem, należy również podjąć jako projekt skierowany do każdego z osobna czytelnika. „Dzieło Sołżenicyna to próba dla każdego, próba życia – stwierdza Nivat. – Nie jest przeznaczone do tego, by kłaść je na aptekarskiej wadze, trzeba je wziąć na swoje barki i żyć dalej”. Przejść przez „próbę Archipelagu Gułag”, wsłuchać się w polifonię Czerwonego koła, zebrać to w sobie, budować własną prawdę, własne dzieło.

"Nowe Książki" 2012, nr 5.